środa, 7 sierpnia 2013

Witaj Nowy Jorku!

       Lot przebiegł jak najbardziej pomyślnie. Nie wliczając w to dziwnych i bezczelnych spojrzeń innych pasażerów skierowanych w stronę Rose. Właściwie nie ma się temu co dziwić. Każdy dostrzegał jej wychudzoną białą twarz oraz niezbyt modne, za duże ubrania. W samolocie spędziła parę godzin. Nic nie piła, nie jadła, jak to zresztą miała w zwyczaju od dawna. Cały czas spędziła w swoim fotelu w pierwszej klasie. Wiedziała, że to jej dziadkowie chcieli się pokazać. Robili to zawsze. Przy każdej możliwej okazji chwalili się swoim majątkiem, pieniędzmi. Dla niej było to zwykłe marnotrawstwo. W świecie swoich marzeń i wspomnień wylądowała na ogromnym lotnisku.
         Po kilkunastu minutach powitała się z babcią i dziadkiem. Oboje w oczach mieli wzruszenie i współczucie. Babcia jak zwykle dystyngowana. Miała na sobie drogą marynarkę, torbę i buty z jednego ze znanych domów mody. Jej włosy były  upięte w brązowego koka. Pomimo jej wieku, dostrzeżenie u niej siwego włosa było niemożliwe. Pomimo miłego i pozytywnego wyrazu twarzy, gdzieś w głębi jej oczu Rose dostrzegała surowość i srogość. Taką ją też zapamiętała podczas ostatniego pobytu w NY. On bardzo różnił się od małżonki. Miał na sobie granatowy, zadbany sweter. Robbie zabrał od wnuczki większość jej bagaży i poprowadził w stronę samochodu. Jak zwykle był małomówny i zamknięty w sobie. Bardzo przypominał jej ojca. Jego oczy zawsze, niezależnie od sytuacji wydawały się być szczęśliwe.
         Dojazd do jej nowego mieszkania zajął jej tylko dziesięć minut. Bardzo się zmieniło od jej ostatniego pobytu. Wszystko było nowe. Tak bardzo przypominało jej hotel. Nie było tutaj żadnych pamiątek z wakacji, ani zdjęć. Wszystko było w minimalistycznym stylu. Jedynie dyplom (trochę już pożółkły) świadczący o ukończeniu przez babcię prestiżowej uczelni świadczył o tym, że ktoś mieszka tutaj na stałe. To przykre, że akt poprzez który babcia znowu chciała przypomnieć o swojej wyższości jako jedyny pokazywał, że to nie muzeum. Alice zaprowadziła Rose do jej nowego pokoju. 
- Póki co muszą zadowolić Cie te dwie  komody i materac. Ponieważ niedawno wyremontowaliśmy mieszkanie postanowiliśmy ten jeden pokój zostawić Tobie. Nie wiedzieliśmy co lubisz, jakie kolory Ci się podobają, a przecież pragniemy, by Ci się tutaj podobało. - powiedziała Alice
- Dziękuję, bardzo mi miło. Cieszę się, że o tym pomyśleliście. Babciu czy mogłabym zostać sama? Chciałabym się wypakować.
-Oczywiście nie ma problemu. Jutro udamy się na zakupy. Widzę, że przydadzą Ci się jakieś nowe ubrania.
-Niczego nie potrzebuję. Mam dużo ciuchów.
-Jutro idziemy na zakupy. - powiedziała babcia zdawkowym tonem i opuściła pokój.
         W tle słychać było jeszcze kilka poleceń jakie wydała dziadkowi. Minęło parę sekund a pojawił on się w pokoju dziewczyny. Usiadł obok niej, objął ramieniem i powiedział:
- Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. Babcia zyskuje przy bliższym poznaniu. Żyję z nią tyle lat i wiem, że to wspaniała kobieta. Wiedz, że wszystko co robi wykonuje dla naszego dobra.
Następnie siedzieli chwilę w milczeniu. Po kilku minutach Robbie wstał i udał się ku drzwiom. Dodał jeszcze jedno zdanie:
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jeśli będziesz chciała o czymś porozmawiać- zapraszam. Zrozumiem jeśli odmówisz- Uśmiechnął się i wyszedł.
-Dziadku, dziadku dziękuję :)
         Rose pozostała sama w pokoju. Postanowiła dokładniej mu się przyjrzeć. Ściany były jasno błękitne. Przypuszczała, że jeśli nie przeprowadziłaby się tutaj byłyby białe tak jak w innych pomieszczeniach. Jedna ściana cała pokryta była szybami. Podeszła bliżej. Ujrzała piękną panoramę na NY. Zaczęła przyglądać się ludziom, tak małym z tej wysokości. Każdy gdzieś gnał, każdy zajmował się swoimi sprawami. Nikt jej nie dostrzegał. Była anonimowa. Po kilku minutach wróciła do oglądania pokoju. Wzdłuż jednej ze ścian leżał dwuosobowy materac, na nim znajdowała się pościel w pasy. Przy kolejnej ścianie stały dwie pojemne komody. Czwarta ściana była pusta. Rose postanowiła jak najszybciej zabrać się za rozpakowywanie. Jeszcze dzisiaj postanowiła pójść na miasto.
          Gdy ukucnęła przy walizce uświadomiła sobie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie myślała o śmierci rodziców. Cieszyła się życiem, o dziwo to uczucie w niej nie wygasło, wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej się pogłębiło. Rozmowa z dziadkiem dodała jej otuchy. Zrozumiała, że ma kogoś bliskiego tutaj. Po kilku godzinach wszystko było już poukładane. Założyła na siebie top z Hard Rock Cafe oraz rurki i  sweter z jej ulubionej sieciówki- Zary. Udała się do salonu i zapytała dziadków o pozwolenie na wyjście. Oczywiście się zgodzili. Bała się trochę reakcji babci jednak ona także potakiwała. Robbie dopytywał się czy na pewno nie jest głodna. Alice zapytała się czy ma telefon oraz podała godzinę, o której musi wrócić. Nie trzeba było być geniuszem by obliczyć, że ma trzy godziny. Włożyła na stopy swoje białe conversy i opuściła mieszkanie. Chwilę czekała na windę. Następnie spoglądała, aż cyfry maleję. W szybkim tempie z trzydziestki zamieniły się w zero.



Przepraszam, że tyle musieliście czekać. Chciałam opisać jeszcze inne wydarzenia jednak ze względu na sprawy techniczne muszę korzystać z komputera siostry przez co mam ograniczony czas. W kolejnym poście postaram się wszystko nadrobić. Mam nadzieję, że się Wam podoba. Pozdrawiam, zachęcam do krytykowania i komentowania oraz życzę miłego czytania, Wasza Aga :*

piątek, 26 lipca 2013

Rozstanie


        Rose obudziła się bardzo wcześnie. Co od wypadku rodziców nie było niczym wyjątkowym. Do późnej nocy myślała, budziła się z samego rana, by znów rozpatrywać tę kwestię – dlaczego to akurat ona straciła rodziców. Twarz dziewczyny wyglądała na zmęczoną, jej cera przypominała kartkę papieru, oczy były bardzo podkrążone i zakrwione. Nie wyglądała na okaz zdrowia, a tym bardziej szczęśliwego dziecka. Spojrzała na zegarek i próbowała zasnąć, jednak tak jak wcześniej przypuszczała nie udało jej się to. Usiadła na łóżku opierając się o zimną ścianę. Spod poduszki wyciągnęła przedmiot, do którego ostatnimi czasy zaglądała prawie codziennie. Był to jej pamiętnik. Nie chciała nic w nim zapisać. Nie widziała sensu, skoro w jej życiu dzieję się same złe rzeczy. Czytała opisy dni sprzed wypadku rodziców. Dni, w których była jeszcze szczęśliwa. Inaczej spoglądała na wydarzenia z tamtych dni. To, co wtedy było dla niej ogromnym problemem teraz wydawało się błahostką.
         O 7 zadzwonił jej piskliwy budzik. Udała się do łazienki, kuchnię jak zawsze omijając szerokim łukiem. Przemyła twarz i spojrzała w lustro. Nie ujrzała tak jak kiedyś opalonej dziewczyny, tryskającej radością. W zamian za to zobaczyła osobę z wystającymi żebrami i włosami nieuczesanymi od kilku dni. Nie przejęła się tym. Uznała, że ma na głowie ważniejsze rzeczy. Prędko skończyła się myć, nałożyła na siebie wygodnie dżinsy i rozciągnięty sweter. Następnie powróciła do swojego pokoju. Po raz kolejny sprawdziła czy na pewno wszystko spakowała. Do bagażu podręcznego dołożyła tylko telefon wraz z ładowarką oraz dwie ramki, które stały na stoliku przy jej łóżku. Jedną ze zdjęciem Lidii, drugą ze zdjęciem rodziców. Poprosiła wujka o pomoc przy zniesieniu bagaży. Po raz ostatni spojrzała się na dom, a następnie jak najwolniej się dało przekroczyła prób domu. Robiła wszystko, by jak najbardziej opóźnić moment wyjazdu. Nadal tliła się w niej nadzieja, że może jeszcze tutaj zostanie.
        Niewielkim, starym, czerwonym autem udali się na lotnisko. Jechali tylko 10 minut. Rose starała się jeszcze raz zobaczyć jak najwięcej szczegółów miasta. Wiedziała, że prędko do Anchoragi nie powróci. Na parkingu podbiegła do niej jej przyjaciółka. Lidia przytuliła ją tak mocno i serdecznie. Rose w jej ramionach czuła się bezpiecznie. Traktowała ją jak siostrę, której nigdy nie miała. Gdy spojrzała na twarz koleżanki do jej oczu napłynęły łzy. Była to twarz osoby, która znała każdy jej sekret, każdy jej problem, zawsze ją wspierała i bez względu na wszystko nigdy jej nie opuściła. Po mimo tego, że z Lidią znały się dziesięć lat pokłóciły się tylko dwa razy. Słuchały tej samej muzyki, oglądały te same filmy, dzieliły wspólne pasje i zainteresowania. Uzupełniały się. Nie dość, że straciła rodziców teraz traci jeszcze ją. Obydwie nie wyobrażały sobie dalszego życia bez siebie. Wiedziały, że będą mogły komunikować się poprzez skype lub telefon. Jednak nie oszukiwały się, każdy głupi wiedział, że to nie to samo. W swoich objęciach trzymały się parę minut. Trwałoby to zapewne jeszcze dłużej gdyby nie wujostwo Rose, które zaczęło ją poganiać. Ciotka ze smutkiem na twarzy przerwała to spotkanie. Gdyby nie była do tego zmuszona na pewno, by tego nie zrobiła.Dziewczyna targając za sobą ogromne i ciężkie walizki zaczęła powoli oddalać się po betonowej płycie lotniska. W powolnym tempie na długo zginęła z powierzchni Anchoragi. Nie wiedziała kiedy tu powróci. Jednego była pewna, to jest jej dom.
********
Dla jednych notka może być za długa, dla innych za krótka. Ponieważ dopiero zaczynam "blogowanie" chciałabym się zapytać czy nie będzie Wam przeszkadzało jeśli bardziej się rozpiszę? Proszę o szczerą krytykę. Pozdrawiam i dziękuję za przeczytanie Agnieszka :*

wtorek, 25 czerwca 2013

Prolog

1.03
Już tydzień minął od wypadku rodziców. Ja nadal nie mogę pogodzić się z tym, że ich nie ma. Wiecznie myślę o tym co było kiedyś, o wszystkich chwilach spędzonych razem. Planuję w głowie, co powiedziałabym im gdyby jeszcze żyli. Powracają wszystkie wspomnienia. Niepotrzebnie przeglądałam ten album ze zdjęciami. Dobrze, że zadzwoniła babcia. Gdyby nie ona oglądałabym go jeszcze dłużej.Wszystko już ustalone. Do końca roku szkolnego pozostanę na Alasce, w mojej kochanej Anchoradze. Będę mieszkała u cioci i wujka, którzy teraz tak bardzo mi pomagają. Chciałam zakończyć rok szkolny tutaj. Nie potrzebne mi teraz dodatkowe zamieszanie. Najchętniej zamknęłabym się w jakiejś izolatce. Jednak pierwszego lipca wyjeżdżam do Nowego Yorku, do dziadków. Teraz tam będzie mój dom. Poza Lidią nic, ani nikt mnie tutaj nie trzyma. To oczywiste, że będę za nią tęsknić. Jednak nie mogę wiecznie obciążać cioci. Na pewno nie jest dla niej łatwa opieka nade mną, tym bardziej, że ma tylko dwadzieścia pięć lat. W tym wieku powinna szaleć, a nie zajmować się takim problemem jak ja. Oczywiście nie powie mi tego prosto w oczy, ale wiem, że wolałaby abym w wakacje wyprowadziła się do Nowego Yorku. Jest też plus tego wyjazdu. Tam żadne miejsce nie będzie przypominało mi o wypadku rodziców. Jednak babcia i dziadek są mi prawie obcy. Nasz kontakt ograniczał się do jednego spotkania w ciągu roku oraz krótkich życzeń świątecznych składanych przez telefon. Mam wiele obaw. Czas pokarze, co się stanie. Jak przyjmie mnie to ogromne miasto. Póki co pozostaje mi zastanawianie się dlaczego to akurat ja straciłam rodziców? Dlaczego to ja nie mam teraz nikogo? Co ja takiego zrobiłam?


********

Prolog dosyć krótki. Zachęcam do komentowania. Z chęcią przyjmę krytykę. Pozdrawiam Agnieszka