piątek, 26 lipca 2013

Rozstanie


        Rose obudziła się bardzo wcześnie. Co od wypadku rodziców nie było niczym wyjątkowym. Do późnej nocy myślała, budziła się z samego rana, by znów rozpatrywać tę kwestię – dlaczego to akurat ona straciła rodziców. Twarz dziewczyny wyglądała na zmęczoną, jej cera przypominała kartkę papieru, oczy były bardzo podkrążone i zakrwione. Nie wyglądała na okaz zdrowia, a tym bardziej szczęśliwego dziecka. Spojrzała na zegarek i próbowała zasnąć, jednak tak jak wcześniej przypuszczała nie udało jej się to. Usiadła na łóżku opierając się o zimną ścianę. Spod poduszki wyciągnęła przedmiot, do którego ostatnimi czasy zaglądała prawie codziennie. Był to jej pamiętnik. Nie chciała nic w nim zapisać. Nie widziała sensu, skoro w jej życiu dzieję się same złe rzeczy. Czytała opisy dni sprzed wypadku rodziców. Dni, w których była jeszcze szczęśliwa. Inaczej spoglądała na wydarzenia z tamtych dni. To, co wtedy było dla niej ogromnym problemem teraz wydawało się błahostką.
         O 7 zadzwonił jej piskliwy budzik. Udała się do łazienki, kuchnię jak zawsze omijając szerokim łukiem. Przemyła twarz i spojrzała w lustro. Nie ujrzała tak jak kiedyś opalonej dziewczyny, tryskającej radością. W zamian za to zobaczyła osobę z wystającymi żebrami i włosami nieuczesanymi od kilku dni. Nie przejęła się tym. Uznała, że ma na głowie ważniejsze rzeczy. Prędko skończyła się myć, nałożyła na siebie wygodnie dżinsy i rozciągnięty sweter. Następnie powróciła do swojego pokoju. Po raz kolejny sprawdziła czy na pewno wszystko spakowała. Do bagażu podręcznego dołożyła tylko telefon wraz z ładowarką oraz dwie ramki, które stały na stoliku przy jej łóżku. Jedną ze zdjęciem Lidii, drugą ze zdjęciem rodziców. Poprosiła wujka o pomoc przy zniesieniu bagaży. Po raz ostatni spojrzała się na dom, a następnie jak najwolniej się dało przekroczyła prób domu. Robiła wszystko, by jak najbardziej opóźnić moment wyjazdu. Nadal tliła się w niej nadzieja, że może jeszcze tutaj zostanie.
        Niewielkim, starym, czerwonym autem udali się na lotnisko. Jechali tylko 10 minut. Rose starała się jeszcze raz zobaczyć jak najwięcej szczegółów miasta. Wiedziała, że prędko do Anchoragi nie powróci. Na parkingu podbiegła do niej jej przyjaciółka. Lidia przytuliła ją tak mocno i serdecznie. Rose w jej ramionach czuła się bezpiecznie. Traktowała ją jak siostrę, której nigdy nie miała. Gdy spojrzała na twarz koleżanki do jej oczu napłynęły łzy. Była to twarz osoby, która znała każdy jej sekret, każdy jej problem, zawsze ją wspierała i bez względu na wszystko nigdy jej nie opuściła. Po mimo tego, że z Lidią znały się dziesięć lat pokłóciły się tylko dwa razy. Słuchały tej samej muzyki, oglądały te same filmy, dzieliły wspólne pasje i zainteresowania. Uzupełniały się. Nie dość, że straciła rodziców teraz traci jeszcze ją. Obydwie nie wyobrażały sobie dalszego życia bez siebie. Wiedziały, że będą mogły komunikować się poprzez skype lub telefon. Jednak nie oszukiwały się, każdy głupi wiedział, że to nie to samo. W swoich objęciach trzymały się parę minut. Trwałoby to zapewne jeszcze dłużej gdyby nie wujostwo Rose, które zaczęło ją poganiać. Ciotka ze smutkiem na twarzy przerwała to spotkanie. Gdyby nie była do tego zmuszona na pewno, by tego nie zrobiła.Dziewczyna targając za sobą ogromne i ciężkie walizki zaczęła powoli oddalać się po betonowej płycie lotniska. W powolnym tempie na długo zginęła z powierzchni Anchoragi. Nie wiedziała kiedy tu powróci. Jednego była pewna, to jest jej dom.
********
Dla jednych notka może być za długa, dla innych za krótka. Ponieważ dopiero zaczynam "blogowanie" chciałabym się zapytać czy nie będzie Wam przeszkadzało jeśli bardziej się rozpiszę? Proszę o szczerą krytykę. Pozdrawiam i dziękuję za przeczytanie Agnieszka :*